Media, komentatorzy i politycy nieziemsko lamentują od kilku dni, że partie polityczne i poszczególni politycy prowadzą „kampanię informacyjną” przed oficjalnym startem kampanii wyborczej. Szczytem lamentu jest zapowiedź jednej z partii, że ona i jej politycy nie będą już dalej prowadzić „akcji informacyjnej”. A cały ten lament jest po prostu głupotą.
Kodeks wyborczy, który wchodzi w życie 1 sierpnia br., definiuje agitację wyborczą jako „publiczne nakłanianie lub zachęcanie, do głosowania w określony sposób lub do głosowania na kandydata określonego komitetu wyborczego” i dodaje, że takie działania „można prowadzić od dnia przyjęcia przez właściwy organ zawiadomienia o utworzeniu komitetu wyborczego na zasadach, w formach i w miejscach, określonych przepisami kodeksu.” Dla mnie osobiście ten przepis jest bzdurny.
Bo kampania wyborcza w demokracji (a już w szczególności w demokracji w dobie wszechobecnych mediów tradycyjnych i elektronicznych) trwa od pierwszego dnia po wyborach. I to bez względu na to, czy to jest zapisane w ordynacji wyborczej/kodeksie wyborczym czy też nie jest. Choć oczywiście nasila się w okresie tuż przed wyborami.
A czymże jest kampania wyborcza? Najprostsza odpowiedź: przekonywaniem partii/polityków do siebie. A to można robić na różne sposoby i w różnym czasie. Tylko wyobraźnia polityków i ich współpracowników jest ograniczeniem. Ciężka praca merytoryczna (z nadzieją, że ktoś to zauważy i doceni), konferencje prasowe, uczciwe prowadzenie dyżurów poselskich/senatorskich, aktualna i ciekawa strona internetowa, spotkania z obywatelkami i obywatelami w terenie, wydawnictwa, spoty, billboardy i wiele innych – to wszystko to mogą być elementy marketingu politycznego. Problemem jest to, że w dzisiejszych czasach nie da się narysować wyraźnej (nieprzekraczalnej) linii między narzędziami marketingu wykorzystywanymi w codziennej działalności polityków i partii a tymi, które służą już w faktycznej kampanii wyborczej.
Posłanka wieszająca plakaty z ogłoszeniem o swoich dyżurach poselskich i poradach prawnych na początku kadencji nie lamie prawa, a inna posłanka wieszająca podobne plakaty 3 miesiące przed wyborami łamie prawo, bo prowadzi już kampanię wyborczą? Dla mnie w obu przypadkach prawo nie jest łamane, choć w drugim przypadku przed ewentualnym oddaniem głosu na nią mocno bym się zastanowił, co posłanka robiła przez ponad 3,5 roku.
Czy uruchomienie przez opozycję strony internetowej krytykującej rząd w połowie kadencji jest OK, a uruchomienie takiej samej strony 3 miesiące przed wyborami nie jest już OK? A 6 miesięcy przed wyborami? A może dobre już będzie 9 miesięcy?
Czy rozesłanie przez posła do mieszkanek i mieszkańców jego okręgu sprawozdania z wykonywanego mandatu w mijającej kadencji to kampania wyborcza czy tylko sumienne wykonywanie powierzonego4 lata wcześniej mandatu?
Osobiście uważam, ze nie ma sensu ograniczać czego, co jest niemożliwe do ograniczenia. W XXI wieku politycy promują się 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku.
Natomiast ograniczenia – i to zapisane nie w kodeksie wyborczym, ale w przepisach dotyczących funkcjonowania partii politycznych oraz parlamentarzystów – powinny koniecznie dotyczyć dwóch kwestii. Po pierwsze, powinno być zakazane używanie pewnych form promocji (np. reklamy o powierzchni większej niż 2 m2, płatne spoty w telewizji i radiu), bez względu czy ma to miejsce w oficjalnej kampanii wyborczej czy poza nią. Po drugie, powinno być w pełni jawne finansowanie każdej działalności promocyjnej polityków, bez względu na to kiedy i w jakiej formie promocja ma miejsce.
Zdjęcia pochodzą z prawyborów we Wrześni w 2005 roku.




0 komentarze:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.